Czesław Klimuszko - zielarz, uzdrowiciel, bioenergoterapeuta, różdżkarz i jasnowidz

Data publikacji: 2016-02-08

Kategoria: Przeznaczenie

Czesław Klimuszko - zielarz, uzdrowiciel, bioenergoterapeuta, różdżkarz i jasnowidz

Uczył się w szkole księży salezjanów w Różanymstoku. Należał do zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych. W 1926 złożył śluby wieczyste, a w 1934 przyjął święcenia kapłańskie. Pierwszych wizji doświadczył, jak pisze w książce Moje widzenie świata, tuż przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to miał sny dotyczące tragicznego rozwoju kampanii wrześniowej. Podczas kampanii wrześniowej znajdował się w Warszawie. W 1940 był przetrzymywany przez gestapo w Kaliszu. Od września 1961 roku został przeniesiony do klasztoru oo. Franciszkanów przy kościele św. Pawła Apostoła w Elblągu był to bardzo pracowity okres w jego życiu[1]. Jego pozostałe wizje dotyczyły między innymi wojny w Europie i śmierci papieża. Ojciec Klimuszko zmarł w 1980 roku w Elblągu. Pochowany został na elbląskim cmentarzu Dębica, a w 2002 roku przeniesiono szczątki do grobowca obok kościoła św. Pawła Apostoła.
W 2004 radni Elbląga pośmiertnie przyznali mu honorowe obywatelstwo miasta Elbląga.

Andrzej Czesław Klimuszko - urodził się 23 sierpnia 1905 w Nierośnie na Białostoczczyźnie, zmarł 25 sierpnia 1980 w Elblągu - bioenergoterapeuta, wizjoner, wieszcz, radiesteta, jasnowidz, medium, parapsycholog i sławny zielarz czy raczej ziołolekarz, fitoterapeuta. Podczas kampanii wrześniowej znajdował się w Warszawie. W 1940 był przetrzymywany przez gestapo w Kaliszu. Pierwszych wizji doświadczył, jak pisze w książce "Moje widzenie świata", tuż przed wybuchem II wojny światowej, kiedy to miał sny dotyczące tragicznego rozwoju kampanii wrześniowej. Od 2012 roku w południowo-wschodniej części miasta Prabuty budowane jest osiedle upamiętniające Czesława Klimuszko. 


Czesław Klimuszko studiował oddziaływanie drzew na ludzi. Pod tym względem podzielił ich gatunki na trzy grupy:
* wpływające korzystnie (modrzew, sosna, świerk, jodła, jałowiec, cis, brzoza, lipa, dąb, kasztanowiec, klon, morwa, akacja). 
* obojętne
* wpływające niekorzystnie (berberys, osika, topola, olcha, dziki bez). 


W słoneczny lipcowy dzień dwoje dzieci zbiera w lesie poziomki. Są tak pochłonięte zabawą i rozmową, że nie zauważają nadciągającej burzy. Zaskoczone deszczem chowają się pod krzakiem. Ulewa jest jednak tak potężna, że nawet to nie chroni ich przed przemoknięciem. Mimo że znają się niemal od kołyski, chłopiec dopiero teraz zauważa na dłoni dziewczynki liczne i szpetne brodawki, które nabrzmiały od deszczu. Bez namysłu zrywa rosnące w pobliżu jaskółcze ziele i jego sokiem naciera dłonie dziewczynki. Po kilku dniach brodawki znikają bez śladu, a chłopiec zaczyna się zastanawiać, skąd przyszło mu do głowy, żeby sięgnąć akurat po to zioło. Chłopiec nazywał się Czesław Klimuszko. Deszczowa przygoda spotkała go w roku 1916, gdy miał 11 lat. Mieszkał wtedy w maleńkiej wsi Nierośno na Podlasiu. Rodzice, Wincenty i Zofia, byli niezamożni. Oprócz Czesia mieli jeszcze pięcioro dzieci, dwoje z nich wcześnie zmarło.


Andrzej Czesław Klimuszko chodził jak inne dzieci z okolicy do szkoły powszechnej w Różanymstoku. Przed wyleczeniem dłoni małej Zuzi nie przejawiał specjalnego zainteresowania ani ziołami, ani przyrodą w ogóle. Wiele czasu spędzał jednak na spacerach. „Ciągnęło mnie do samotności, do lasów, do chmur” – wspominał potem. Dopiero po tamtym medycznym sukcesie zaczął przyglądać się kwiatom i ziołom. Nie umiał ich nazwać, ale wyraźnie czuł, że jedne są przyjemne, inne zaś odpychające. Nie ujawniał się jednakże swoją wiedzą i umiejętnościami, bo bał się katolickich podejrzeń o znachorstwo. Dopiero kilka lat później, już podczas nauki w gimnazjum w Grodnie, natrafił na podręcznik zielarski, w którym znalazł potwierdzenie swoich przeczuć. Rośliny, które promieniowały błogością, okazały się lecznicze, te zaś, z których emanowała nieprzyjemna energia, były trujące. Istnieje taka wrażliwość czuciowa na rośliny która pozwala rozeznać co leczy, a co truje. 


W tym początkowym czasie miało miejsce jeszcze jedno dziwne zdarzenie związane z koleżankąZuzią z dzieciństwa. „Pewnego dnia, dokładnie 2 lutego 1925 roku, zjawiła się przed moim wzrokiem ducha scena niespodziewanej śmierci mojej koleżanki z lat dziecinnych, wspomnianej już Zuzi. Zobaczyłem cały przebieg jej umierania. Mieszkała ona wtedy bardzo daleko. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość potwierdzającą moje widzenie” – wspominał Andrzej Klimuszko po latach. Potraktował to jednak jako incydent. O ile nauki humanistyczne przyswajał z łatwością, o tyle matematyka była dla niego udręką. Przeżywał boleśnie swoje szkolne porażki, a po latach żartował, że Gimnazjum X we Lwowie nie zanotowało w historii ucznia bardziej tępego w matematyce niż on. Natomiast jego zainteresowania związane z ziołolecznictwem wpisywały się bardzo dobrze w ducha umiłowania przyrody. Podobnie jak jego szczególna – jak wspominają jego znajomi – wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka. 


W ostatnią sierpniową noc 1939 roku Czesławowi Klimuszce przyśnił się dziwny sen. Przed jego oczyma przesuwały się sceny bitew. Widział rozstrzeliwanych polskich żołnierzy i ludzi uwięzionych w obozach zagłady, gdzie byli truci i spalani. Na koniec ukazał mu się zakrwawiony polski oficer i pokazał mu, jak wojska nazistowskie z hakenkreutzem niszczą całą Europę. Andrzej Klimuszko potraktował to jak senny koszmar, ale z każdym niemal dniem II wojny światowej przekonywał się, że jego sen spełnia się na jawie. 
W Wierzbicy, w pobliżu Radomia po raz pierwszy przekroczył granice swojej świadomości wskutek bestialskiego pastwienia się nad nim i mieszkańcami wsi przez gestapowców: „Świadomość doznanej krzywdy oraz widok wynaturzenia człowieka z trupią główką na czapce, cały ten splot wypadków wywołał w mojej jaźni silny wstrząs, który z kolei wyzwolił we mnie drzemiące nieznane siły psychiczne, poruszył jakiś mechanizm w ośrodkach mózgu, obudził nadświadomość, dzięki której zacząłem przenikać psychofizyczną strukturę człowieka. Zacząłem dostrzegać w pewnych momentach za niektórymi ludźmi ciągnący się jakby film ze scenami ich przeżyć i przeszłości. Czułem wyraźnie, że w mojej sferze psychicznej nastąpił jakiś przełom, zaistniało coś, i to coś nie jest anormalne, lecz raczej ponadnormalne” – pisał o tym wydarzeniu Czesław Klimuszko w swoich wspomnieniach. Tuż po tym wydarzeniu Klimuszko poczuł, że patrząc na fotografie, również widzi wypisany na nich życiorys człowieka. Postanowił spróbować swych sił. Prosił ludzi, by pokazywali mu swoje fotografie, i opowiadał im, co na nich widzi. Był ciekaw, czy odpowiada to rzeczywistości. Odczytywał z fotografii nie tylko przeszłość, ale też stan zdrowia, uzdolnienia, upodobania itp. Traktował to jak rodzaj rozrywki, ale rosnąca liczba odgadniętych ludzkich losów dawała mu coraz częściej do myślenia. 


W tym czasie również kilkakrotnie udało się Czesławowi Klimuszce uniknąć śmierci dzięki pojawiającemu się przeczuciu, ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem. Budził się np. w środku nocy, wsiadał na rower i jechał przed siebie, by następnego dnia dowiedzieć się, że jacyś bandyci napadli na dom, w którym spał. Innym razem, tknięty podobnym przeczuciem, uciekał z jakiejś wioski, zaczepiał spotkanych ludzi i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Uznawano go jednak za wariata a kilka dni później wszystkich mieszkańców wioski rozstrzeliwano. Po II wojnie światowej zamieszkał w Prabutach. Wielu z sąsiadów opowiadało o zaginionych w czasie wojny krewnych. Zajęty pracą Andrzej Klimuszko zarzucił na jakiś czas „czytanie” z fotografii jako niepotrzebną zabawę metafizyczną. Gdy jednak udręczeni niepokojem o najbliższych ludzie przynosili mu zdjęcia zaginionych, uwierzył, że może pożytecznie wykorzystać swój duchowy dar. Odczytywał z tych fotografii miejsce pobytu lub pochowania ciała. Z czasem zaczęły napływać także listy z prośbami o pomoc w odnalezieniu bliskich, a Andrzej Klimuszko na wszystkie odpisywał.


Wiadomość o wizjach Czesława Klimuszko szybko rozeszła się po kraju, a liczba listów była coraz większa. Gdy doszło do setki dziennie, Czesław Klimuszko przestał odpisywać. Do Prabut zaczęły jednak ściągać tłumy spragnionych wiedzy o swoich najbliższych. Andrzej Klimuszko udzielał im odpowiedzi, nie zastanawiając się głębiej nad tym, co robi. Działał niemal odruchowo. Opowiadał o tym tak: „Byłem chwilowo tym zbiegowiskiem i moją dla nich pracą jakby odurzony. Wnet jednak zawisłem w próżni między fikcją a realnością, między złudzeniem a rzeczywistością. Kiedy napływ ludzi do mnie stał się masowy, poczułem zaniepokojenie, zacząłem się zastanawiać, czy ja mimo swej dobrej woli nie oszukuję zbolałych ludzi i siebie samego, czy nie zaciągam moralnej odpowiedzialności względem udręczonych istot i względem obiektywnej prawdy”. Przyznawał się, że sam nie wierzył w to, że można tak przenikać ludzkie losy. Wydawało mu się, że są to szczęśliwe zbiegi okoliczności albo złudzenia. 


W 1947 roku będąc w Olsztynie Czesław Klimuszko przepowiedział rychły zgon kardynała Hlonda, Prymasa Polski. Podał nawet przyczynę śmierci. Przepowiedział także zgon bp. Łukomskiego. “Widzę niespodziewaną śmierć kardynała Hlonda 24 października. Przyczyną jego śmierci będą płuca, chyba grypę zaziębi. Zaraz po nim umrze nagle drugi dostojnik duchowny, nieco niższy w hierarchii kościelnej”. Po czterech miesiącach przepowiednia spełniła się szczegółowo. Przepowiednia sprawdziła się. Kardynał Hlond zmarł w październiku 1947 roku na zapalenie płuc, natomiast bp Łukomski, wracając z pogrzebu kardynała, zginął w katastrofie w wypadku samochodowym. 


Czesław nie tylko przewidywał przyszłość, ale także czytał ze zdjęć. Z fotografii mógł rozpoznać charakter człowieka, jego losy życiowe, aktualny stan zdrowia lub predyspozycje psychiczne. W małym miasteczku Czesław Klimuszko został zaproszony przez zaprzyjaźnionego nauczyciela do znajomych. Podczas rozmowy nauczyciel poprosił dwunastoletniego syna znajomych o pokazanie swojej fotografii. Nauczyciel podając fotografię chłopca jasnowidzowi Czesławowi powiedział żartobliwie do rodziców: No, teraz wiele rzeczy dowiecie się o waszym synku, czym on będzie i jak się sprawuje. Rodzice słysząc to dziwnie zareagowali, zostali przygaszeni, stracili chęć do dalszej rozmowy. Patrząc na zdjęcie jasnowidz Czesław powiedział parę zdawkowych słów i wkrótce pożegnał gospodarzy. Wracając powiedział do nauczyciela: Ależ ten chłopak to przyszły bandyta. – Niestety tak – odpowiedział nauczyciel. – Już kilku chłopców w szkole podźgał nożem. Na porządku dziennym są brutalne bójki z kolegami. 


W 1948 roku przyjechał do niego pewien pan prosić o informację o swoim synku, o którym nie miał wiadomości od rozpoczęcia wojny. Czesław Klimuszko popatrzył na zdjęcie i powiedział zainteresowanemu, iż widzi go jadącego na motocyklu z Łunińca do Puńska. W drodze zakrywa go jakaś gęsta chmura, z której już się nie wynurza. Czesław Klimuszko stwierdził zatem, że chłopiec nie żyje, chociaż nie wiedział co to za chmura. Po tych słowach człowiek ów zerwał się nerwowo z krzesła i zaczął przepraszać Czesława Klimuszkę za to, że przyjechał tutaj zdemaskować go jako oszusta, że zrobił zakład z kolegami, iż uda mu się ośmieszyć Czesława Klimuszkę. Sprawa syna była rzeczą drugorzędną, a jasnowidz i bioenergoteraputa w swojej wizji doskonale wszystko co syna tyczyło wyjaśnił. 


Mieszkając w Kwietnikach na Śląsku, dowiedział się od mieszkańców, iż w obrębie jego domu znajduje się dużo zakopanych rzeczy. Pewnego dnia zauważył w pustej stodole na klepisku zapadniętą ziemię w formie leja i w tym miejscu odkopał radio. Równocześnie ukazały mu się w stodole trzy inne miejsca, gdzie były zakopane różne rzeczy. Czesław Klimuszko był więc jasnowidzem. Sam o sobie tak powiedział: “Jasnowidz. Ilekroć słyszę ten wyraz pod moim adresem, zawsze odczuwam pewne nieprzyjemne zażenowanie. Albowiem pod tym mianem kryje się wielkie ryzyko, udręka i odpowiedzialność. Nie lubię tej nazwy, lecz muszę się nią posługiwać, gdyż nie znam zastępczej.” Faktycznie na Czesławie Klimuszce spoczywała wielka odpowiedzialność. Po poradę zwracali się do niego nie tylko prości ludzie, ale i profesorowie, a także służby kryminalne PRL. Każdy oczekiwał na rozwianie swoich wątpliwości, niepewności. 


Prabuty po II wojnie światowej, gdy mieszkał tam Czesław Klimuszko, stały się Mekką nieprzerwanych pielgrzymek nieszczęśliwych ludzi. Była wśród nich Niemka spod Olsztyna, szukająca wieści o mężu zaginionym na froncie wschodnim. Klimuszko popatrzył na zdjęcie mężczyzny i orzekł, że zginął on 24 czerwca w pobliżu jeziora Pejpus. Kobieta pokazała mu wtedy pismo z Wehrmachtu z taką samą informacją. Spod Ornety przyjechał załamany ojciec jedenastoletniej dziewczynki, która pół roku wcześniej poszła do ciotki w sąsiedniej wiosce i nigdy nie wróciła. Klimuszko miał wówczas wizję, którą sam był wstrząśnięty. Zobaczył worek z posiekanym ciałem dziewczynki, leżący w bajorku wśród drzew. Okazało się, że zwłoki dziecka faktycznie leżały tam, gdzie wskazał. Na prośbę syna szukał grobu ojca rozstrzelanego przez hitlerowców w 1939 roku. Na fotografii nieżyjącego ujrzał nową kliszę, a na niej nieco zamgloną topografię okolic Grudziądza, potem dwa wspólne groby pomordowanych i samotną mogiłę, w której znajdują się poszukiwane zwłoki. Te wskazówki pozwoliły odnaleźć ów grób. Podczas poszukiwania mężczyzny zaginionego podczas powstania warszawskiego powiedział, że widzi go przy ulicy Pawiej 18, zgniecionego przez zwaloną ścianę kamienicy. Później było jeszcze kilka takich przypadków podania dokładnego adresu. 


W 1957 roku pomagał szukać porwanego syna Bolesława Piaseckiego, ówczesnego prezesa Stowarzyszenia "Pax". Obejrzał jego zdjęcia i powiedział, że chłopiec nie żyje już od siedmiu tygodni, a jego ciało leży w jakiejś łazience. Zostało odnalezione przypadkowo dwa lata później podczas remontu, w łazience umieszczonej w piwnicy pod delikatesami przy ulicy Świerczewskiego w Warszawie.


W 1959 roku Czesław Klimuszko przeniósł się do Elbląga, który stał się wówczas centrum ziołolecznictwa. Do Elbląga pielgrzymowało setki ludzi z Polski i zagranicy. Jedni prosili o pomoc w odnalezieniu zaginionych, inni szukali lekarstwa na nieuleczalne choroby. Wszystkich traktował życzliwie. Zamieniał kilka zdań, stawiał diagnozę i wręczał karteczkę z indywidualnie dobraną kompozycją ziół. Do dziś zachowały się recepty pisane jego ręką. Zalecał picie mieszanek ziołowych, składających się z 5, 7, 9 lub 11 roślin. Jego zdaniem, herbatki z jednego zioła nie mają dość wszechstronnego działania leczniczego, a przy długotrwałym stosowaniu niektóre z ziół leczniczych mogą nawet szkodzić. 


W 1974 roku Amerykanie prosili go o pomoc w odnalezieniu Patty Hearst, wnuczki amerykańskiego magnata prasowego, która została uprowadzona przez lewicową grupę Symbionese Liberation Army. Wskazał dokładnie miejsce jej pobytu w Kalifornii, co dopomogło organom ścigania odszukać dziewczynę. Pod koniec lat 70-tych XX wieku na prośbę ambasady Włoch wypowiadał się skutecznie w sprawie porwanego, a później zamordowanego z powodów politycznych premiera Włoch, Aldo Moro. 


W czerwcu 1975 roku przedstawicielstwo pewnego czasopisma w Warszawie zwróciło się z prośbą do Czesława Klimuszki, aby wyjaśnił sprawę legendarnego partyzanta – majora Hubala. Konkretnie proszono o podanie miejsca, gdzie znajduje się jego grób. Patrząc na jego fotografię, zobaczył całą topografię terenu, gdzie odbyła się walka i śmierć bohaterskiego majora Dobrzańskiego o pseudonimie Hubal. [...] Powiedział, że Niemcy bali się pośmiertnego kultu dzielnego partyzanta, więc jego ciało poćwiartowali i wrzucili do rzeki bądź zakopali w lesie, co zostało potwierdzone pod koniec lat 80-tych XX wieku. Na prośbę dziennikarzy wypowiadał się również na temat słynnej Bursztynowej Komnaty. Obejrzawszy jej zdjęcie, stwierdził, że Niemcy spalili ją pod koniec wojny w jakimś majątku w Prusach. 


Niektórzy przewidywania Czesława Klimuszko przyjmowali jako żart. W 1978 roku zakonnicy franciszkańscy dowiedzieli się z Dziennika TV, że papieżem został wybrany Albino Luciani, który przybrał imię Jan Paweł I. Wśród ogólnej radości jasnowidz Czesław Klimuszko pozostał smutny. Dlaczego oni go wybrali? – pytał zdziwiony – przecież on za miesiąc umrze. Zakonnicy przyjęli to oświadczenie jako żart. Niestety po miesiącu pontyfikatu umiera Jan Paweł I. Po jego śmierci zapytano Czesława Klimuszko, kto teraz zostanie papieżem. – Teraz papieżem zostanie kardynał Wojtyła – odpowiedział jasnowidz w słowach: “Jeśli Włoch nie wyjdzie, to wyjdzie Wojtyła”. Poczytano to jako miły żart, który rzeczywiście się spełnił. Czesław Klimuszko rzadko publicznie przekazywał swoje wizje. 


Czesław Klimuszko powiedział: “Najbardziej wstrząsającym przeżyciem jasnowidza jest widzenie dramatycznych scen rozgrywającego się wydarzenia, wobec którego musi pozostać biernym widzem, bez możliwości wpływu. Podobny wstrząs rodzi w duszy jasnowidza świadomość odpowiedzialności za wynik powierzonej mu sprawy do rozstrzygnięcia”. 


Oprócz przewidywania i czytania ze zdjęć jasnowidz i radiesteta Czesław Klimuszko leczył także ludzi ziołami. Już od dziecka zajmował się ziołami i pozostawił po sobie ponad 150 recept ziołowych na różne dolegliwości. Bardzo wielu ludzi skorzystało z jego porad, gdyż były one w ówczesnym czasie bardzo rewelacyjne i pozbawione rutyny. Dzięki swoim zdolnościom parapsychicznym Andrzej Czesław Klimuszko ratował nie tylko swoje życie, ale i życie drugich. Nie był jednak przez wszystkich doceniany. W Polsce niektórzy dziennikarze dążyli do ośmieszenia osoby jasnowidza Czesława Klimuszko. Nazywano go złośliwie “szarlatanem”. 


Polacy mieszkający w Monte Carlo, którzy po wizycie Czesława Klimuszko w tym mieście w 1975 roku napisali: "[...] Ogromnie cieszyła nas atmosfera zainteresowania wokół osoby Czesława Klimuszki. Specjalnością znanego jasnowidza jest, jak wiadomo, odnajdywanie zaginionych przedmiotów, ludzi, obiektów. Robi to właściwie bezbłędnie. Mogli się o tym przekonać w Monte Carlo wszyscy ci, którzy zetknęli się z nim osobiście. Przybywali do niego naukowcy pochodzący z różnych krajów, z najdalszych nawet zakątków świata. Przynosili fotografie osób, których jasnowidz ten nie znał i nigdy nie widział. Klimuszko opowiadał zaś o ich perypetiach życiowych, konfliktach rodzinnych i nękających chorobach, zadziwiając trafnością spostrzeżeń, dokładnością szczegółów. Tu już o jakimś zgadywaniu czy dopływie informacji innymi kanałami niż pozazmysłowe mowy być nie mogło. Wiedzieli o tym najlepiej przeprowadzający doświadczenia. Źle się więc stało, że niektórzy nasi dziennikarze doprowadzili w Polsce do ośmieszenia osoby wybitnego jasnowidza. Człowieka, który większość swego życia poświęcił bardzo bezinteresownej pomocy ludziom nieszczęśliwym, znikąd nie oczekującym już ratunku. Niedobrze się stało, że również naukowcy nie pofatygowali się do tej pory, aby zanalizować fenomen Klimuszki. Może i oni bali się ośmieszenia." 


Takich obaw jednak nie mieli kierownicy zagranicznych placówek badawczych. Od czasu zdarzeń w Monte Carlo do prywatnego mieszkania Czesława Andrzeja Klimuszki napływała bogata korespondencja ze wszystkich niemal kontynentów świata. Mnożyły się zaproszenia do wzięcia udziału w psychotronicznych eksperymentach. Świat naukowy poruszony był wyjątkowymi zdolnościami skromnego, bardzo zapracowanego, siedemdziesięcioletniego już wtedy prawie Czesława Andrzeja Klimuszki. 


Ludzie bardzo tłumnie gromadzili się u Czesława Klimuszki, szukając pomocy i uzdrowienia. Sam Czesław Klimuszko stał się przedmiotem zainteresowania świata nauki, a szczególnie medycyny i psychologii. Brał zatem udział w różnych kongresach naukowych i spotkaniach, nie tylko w Polsce, ale także za granicą. Jednak w ciągu ostatnich lat jego życia stan zdrowia Czesława, z powodu uciążliwej pracy, stopniowo ulegał pogorszeniu. Z wielkim trudem pokonał gruźlicę płuc, która bardzo osłabiła jego organizm. Można było zauważyć ogólne zmęczenie i wyczerpanie. Na początku sierpnia 1980 roku Czesław Klimuszko przebywał w Lubomierzu. Wydelikatniał w obcowaniu z drugimi, znał wiele zagadnień z dziedzin jeszcze nie zbadanych dokładnie, wyczuwał w sobie nieszczęścia, szczególnie w czasie wojny, leczył nieraz osoby, które już opuścili lekarze. Gdy był parę razy w Krakowie, odwiedził mię w domu, zeznawał, że w jego akcji nie ma nic cudownego, ale chyba można wnioskować, że ludzie i rzeczy, których używają, emanują jakiś fluid, który przy swoim natężeniu psychicznym odczuwają, czy mogą zauważyć ludzie specjalnie wrażliwi [...]. Całą działalnością swoją zostawił po sobie wrażenie niezwykłego, niepospolitego człowieka. Zmierzała ona [...] do tego, aby ludziom przynieść radość, uwolnić ich od nieszczęść lub pocieszyć przynajmniej. Nie znałem go dokładnie, w szczegóły nie wchodzę, ale chwycił mnie mile ten jego postęp ku dobremu, wzrost duchowy, który nie tak często widoczny jest w życiu zakonnika, jego rozwój miłości bliźniego, aktywność, by coś dobrego więcej zrobić, a przy tym urabianie siebie samego [...]. --- mówił jego znajomy, Anzelm Kubit. 


W 1975 roku zaczął podupadać na zdrowiu, z powodu przeżyć wojny popalał papierosy zostając palaczem, co z czasem zaowocowało chorobą płuc. Pił też bardzo dużo kawy, gdyż inaczej nie dawał rady przyjmować tak dużej ilości pacjentów. Z wieloma dolegliwościami radził sobie za pomocą ziół, ale choroby płuc nie mógł już zwalczyć. Pobyty w szpitalach i sanatoriach na niewiele się zdawały, bo wszędzie, gdzie przyjeżdżał, natychmiast zjawiały się tłumy ludzi szukających jego pomocy. Wśród nich byli także jego lekarze i pielęgniarki. Był wycieńczony z przepracowania, choroba płuc postępowała, pojawiła się także niewydolność krążenia, a oprócz śladów wojny i starość zrobiła swoje. 



Czesław Klimuszko uważał, że najbardziej skuteczne w działaniu są zioła rosnące dziko, a nie z plantacji. Propagował lecznicze zalety wody bursztynowej i nalewki z bursztynu jako remedium na choroby płuc. Pozostawił po sobie gotowe recepty na przeszło sto chorób, recepty które należą do najskuteczniejszych. Farmaceuta, doktor Edward Wawrzyniak, który pomagał mu w napisaniu książki "Wróćmy do ziół", zauważył, że na fenomen Czesława Klimuszki składały się trzy czynniki: gruntowna znajomość ziół, paranormalne zdolności wyczuwania działania każdej rośliny oraz wieloletnie doświadczenie. Pomagający wielu cierpiącym zakonnik sam w końcu zapadł na gruźlicę płuc. Z wiekiem stawał się coraz bardziej zmęczony i wyczerpany, ale to po części skutek przepracowania, przyjmowania zbyt dużej jak na swój wiek ilości pacjentów. Jak wiadomo większość świetnych bioenergoterapeutów a także uzdrowicieli charyzmatycznych pod koniec życia, na starość, znacznie słabnie i powinna się bardziej oszczędzać, przekazać część pracy swoim następcom. 


Dnia 22 sierpnia 1980 roku przewieziono Czesława Klimuszkę do szpitala. W poniedziałek 25 sierpnia 1980 po południu, po życiu wypełnionym służbą bliźniemu, Śmierć (Kostusia) zabrała Czesława Klimuszkę do Krainy Wiecznych Łowów, na Wiecznie Zielone Pastwiska. W dzień, w świetle dnia i z dobrą numerologiczną wibracją, bo z daty bije liczba mistyczna 33. Uroczystości pogrzebowe odbyły się 28 sierpnia 1980 roku w Elblągu (autor uczestniczył w tym pogrzebie). Trumnę oblegali ludzie, którzy pragnęli uścisnąć i ucałować ręce zmarłego jasnowidza i uzdrowiciela. Mimo zastoju komunikacji, na dość odległym cmentarzu zgromadziło się około 8 tysięcy ludzi, którzy w ten sposób pragnęli podziękować Czesławowi Klimuszce za wielką miłość i dobroć, jaką im okazywał. Czytelnicy "Gazety Olsztyńskiej" przyznali mu tytuł "Elblążanina Stulecia", a rada miasta Elbląga - tytuł honorowego obywatela Elbląga. Warto zadbać o to, aby ten wspaniały uzdrowiciel został zaliczony w poczet świętych, gdyż za jego pomocą zdrowiały tysiące ludzi rocznie. 

AUTOR ARTYKUŁU

Inessa

Inessa

Dowiedz się więcej
"Wszelkie prawa zastrzeżone, treści chroniona prawami autorskimi. Żadna część nie może być wykorzystywana lub kopiowana w jakiejkolwiek elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody autora"
Strona jest zarządzana przez firmę 4C sp. z o.o.
Copyright 1998-2022 © 4C sp. z o.o.